Czy przedsiębiorstwo może działać bez internetu? Jak długo popłynie ciepło, gdy zabraknie prądu? Kto odpowiada za instalację gazową po awarii i do kogo zwrócić się, gdy po pożarze trzeba uprzątnąć teren?
9 października 2026 uczestnicy drugiego spotkania Platformy Odporności Kryzysowej w Białej Podlaskiej szukali odpowiedzi na pytania, które zwykle pojawiają się dopiero wtedy, gdy przestaje działać coś, co dotąd wydawało się oczywiste.
Przy jednym stole spotkali się przedstawiciele Akademii Bialskiej im. Jana Pawła II, Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej sp. z o.o., Polskiej Spółki Gazownictwa sp. z o.o., Bialskich Wodociągów i Kanalizacji Wod-Kan sp. z o.o., Gminnego Zakładu Komunalnego sp. z o.o., P.W. Komunalnik sp. z o.o. oraz Banku Spółdzielczego w Białej Podlaskiej.
Każda instytucja otrzymała wcześniej zestaw pytań i miała kwadrans, by na nie odpowiedzieć. Pytania wyświetlano na ekranie, a odpowiedzi szybko przenosiły rozmowę z poziomu procedur na grunt codziennego funkcjonowania firm i całego miasta.
W kilku momentach okazywało się, że problemem nie jest brak sprzętu czy dobrej woli. Znacznie trudniejsze bywają zależności między instytucjami, niejasny podział odpowiedzialności i proste pytanie: kto ma wykonać pierwszy telefon, gdy sytuacja wymknie się spod kontroli?
Kryzys nie musi przyjść z frontu
Spotkanie rozpoczęło się od listy dziesięciu zagrożeń dla przedsiębiorstw:
- Utrata dostępu do internetu, chmury i systemów POS
- Blackout i skoki napięcia
- Zerwanie tańcuchów dostaw i brak zaopatrzenia
- Brak dostępu do wody lub jej skażenie
- Spadek siły nabywczej i odpływ klientów
- Podtopienia, wichury i szkody infrastrukturalne
- Paraliż komunikacyjny i brak dojazdu pracowników
- Pożar w obiekcie lub bliskim sąsiedztwie
- Nagla absencja kluczowych pracowników
- Wandalizm, kradzieże, sabotaż.
Tylko część tych scenariuszy wiąże się bezpośrednio z wojną. Pozostałe mogą wydarzyć się w zwykły dzień roboczy, bez ostrzeżenia i bez spektakularnych okoliczności.
Dla przedsiębiorcy oznacza to konieczność zmiany perspektywy. Bezpieczeństwo firmy nie sprowadza się do ochrony budynku, monitoringu czy ubezpieczenia majątku. Liczy się również to, czy pracownicy będą mogli dotrzeć do zakładu, czy system sprzedażowy zadziała, czy dostawca dowiezie surowce i czy ktoś inny będzie potrafił przejąć obowiązki osoby, która nagle wypadnie z pracy.
Wystarczy kilka godzin bez jednego z podstawowych zasobów, by firma zaczęła tracić pieniądze. Jeśli awaria dotknie jednocześnie kilku elementów infrastruktury, nawet dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo może szybko znaleźć się w trudnej sytuacji.
Internet działa. Ale czy firma ma prąd?
Marcin Stefanowicz, kierownik działu teleinformatycznego Akademii Bialskiej, rozpoczął swoją część spotkania od stwierdzenia, które nie pozostawiało wiele miejsca na optymizm: realnej alternatywy dla internetu nie ma.
Lokalnie istnieje kilka dróg dostępu do sieci. Są światłowody, operatorzy bezprzewodowi i sieci mobilne. Wśród wymienionych operatorów znaleźli się Orange, Polkomtel i T-Mobile. Jako podmioty kluczowe w rozumieniu przepisów o cyberbezpieczeństwie muszą zapewniać zasilanie awaryjne, co ogranicza ryzyko całkowitej utraty usług po stronie operatora.
Tyle że sprawny operator nie gwarantuje jeszcze sprawnej firmy.
Nawet jeśli infrastruktura telekomunikacyjna utrzyma działanie, przedsiębiorstwo pozbawione własnego zasilania awaryjnego może nie być w stanie skorzystać z dostępnych usług. Router, komputer, centrala telefoniczna czy urządzenia sterujące procesem produkcji potrzebują przecież energii. W praktyce łańcuch zależności jest prosty: prąd zasila urządzenia, urządzenia zapewniają dostęp do sieci, a sieć pozwala korzystać z systemów, bez których wiele firm nie jest dziś w stanie normalnie pracować.
Podczas spotkania potwierdzono, że lokalny operator TAU dysponuje zasilaniem rezerwowym, sprawdzonym przy ostatnich wyłączeniach prądu w mieście. Nie oznacza to jednak autonomii liczonej w dniach. Rozmawiano raczej o godzinach.
Wśród rozwiązań zapasowych pojawiła się łączność satelitarna Starlink, wskazana jako opcja sprawdzona w warunkach ukraińskich. Rozwiązanie ma jednak istotne ograniczenie: zależność od jednego dostawcy, który może wyłączyć usługę swoją decyzją.
Dla firm wniosek jest konkretny. Warto sprawdzić nie tylko, ilu operatorów może zapewnić internet, ale również jak długo własna infrastruktura będzie działać bez zasilania i które procesy można kontynuować w trybie awaryjnym.
Czy firma może wystawiać dokumenty bez dostępu do systemu księgowego? Czy magazyn potrafi wydać towar bez połączenia z centralnym systemem? Czy lista zamówień jest dostępna poza chmurą? To pytania, na które odpowiedź powinna być znana przed awarią.
Radio jako alternatywa, gdy zawiedzie internet
Jeśli internet nie zapewni łączności, pozostaje pytanie o komunikację głosową. Właśnie tutaj spotkanie przyniosło jedno z bardziej praktycznych rozwiązań.
Rozmawiano o radiotelefonach i budowie lokalnej sieci łączności. Pan Krzysztof Wołoszka z działu teleinformatycznego Akademii Bialskiej wyjaśnia, że przy odpowiedniej antenie bazowej umieszczonej na dachu i wykorzystaniu pasma dwóch metrów możliwy jest zasięg sięgający kilkudziesięciu kilometrów. To pozwala objąć łącznością cały powiat, a dzięki współpracy stacji bazowych połączyć Białą Podlaską z Międzyrzecem i kolejnymi punktami.
Koszty nie przyprawiają o zawrót głowy. Radio bazowe to około 1500 zł, antena kosztuje od 500 do 700 zł. Do tego dochodzą przewód i zasilanie dwunastowoltowe. Pozwolenie radiowe w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, według informacji przedstawionych na spotkaniu, kosztuje nieco ponad 80 zł. Akumulator samochodowy może zapewnić kilkadziesiąt godzin pracy urządzenia.
Wariant cyfrowy DMR oferuje szyfrowanie i większą ochronę przed podsłuchem oraz nieautoryzowanym dostępem do kanału. Łączność analogowa pozostaje otwarta. Żadne z tych rozwiązań nie jest jednak odporne na wszystko. Każdą częstotliwość radiową można zagłuszyć.
Najżywiej zareagowała branża transportowa. Przewoźnicy już korzystają z łączności radiowej w codziennej pracy, więc nie musieliby zaczynać od zera. Istniejącą infrastrukturę można potraktować jako punkt wyjścia do szerszego systemu wymiany informacji w sytuacji kryzysowej.
Ważne jest przy tym rozróżnienie: radio nie zastąpi internetu we wszystkich zastosowaniach. Nie uruchomi systemu sprzedaży ani nie przywróci dostępu do chmurowej bazy danych. Może jednak pozwolić przekazać informację, skoordynować działania i utrzymać kontakt wtedy, gdy zawodzą zwykłe kanały komunikacji.
Akademia Bialska zapowiedziała konferencję poświęconą bezpieczeństwu, zaplanowaną na 10 grudnia 2026, oraz warsztaty praktyczne dotyczące alternatywnych sposobów komunikowania się w dniu 12 listopada 2026.
Technologia nie wystarczy. Kto ma mówić i do kogo?
W dyskusji o radiu padła uwaga, która w gruncie rzeczy dotyczy każdej procedury awaryjnej. Komunikacja ma dwa wymiary. Pierwszy jest techniczny: urządzenia, częstotliwości, zasięg i zasilanie. Drugi dotyczy organizacji: kto przekazuje komunikat, komu, w jakiej sytuacji i z jaką treścią.
Bez tej drugiej warstwy nawet najlepszy sprzęt może okazać się mało przydatny. W kryzysie liczą się nie tylko możliwości przekazywania informacji, lecz także to, czy odbiorca potrafi ją zrozumieć i wie, co zrobić dalej.
Uczestnicy wrócili do omawianego już we wrześniu modelu szwajcarskiego. Syrena pełni w nim funkcję sygnału alarmowego, który skłania mieszkańców do włączenia radia. Konkretne informacje przekazuje wyznaczony nadawca, a komunikaty rozpowszechniają regionalne rozgłośnie. To rozwiązanie szczególnie istotne wtedy, gdy cyfrowe kanały komunikacji przestają działać.
W tym kontekście przywołano również nocny alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa z poprzednich dni. Pojawiło się pytanie, które wykracza poza samą technologię: czy mieszkańcy wiedzą, jak interpretować komunikaty i odróżnić zwykłe ostrzeżenie od polecenia udania się do schronienia?
Dla przedsiębiorstw podobna zasada jest równie ważna. Samo posiadanie listy numerów telefonów nie stanowi jeszcze procedury kryzysowej. Trzeba określić, kto uruchamia alarm, kto odpowiada za kontakt z pracownikami, kto informuje klientów i kto podejmuje decyzję o wstrzymaniu działalności.
Ciepło ma granicę. To około 24 godzin
Po łączności przyszła kolej na ciepło. Przemysław Bala i Paweł Brzozowski z Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej przedstawili ograniczenia, które trudno zignorować przy planowaniu dłuższej przerwy w dostawach energii.
Zasilanie awaryjne u źródła ciepła wystarcza na mniej więcej dobę. Co będzie później? Wszystko zależy od możliwości dostarczenia paliwa.
Ta liczba wyznacza realną granicę autonomii systemu w opisanych warunkach. Nie oznacza, że po 24 godzinach w każdym przypadku natychmiast zniknie ciepło, lecz pokazuje, jak ważne są dostępność paliwa i logistyka jego dostaw.
Jeszcze bardziej złożony okazał się temat węzłów cieplnych. PEC odpowiada za źródło ciepła, ale poszczególne wymiennikownie mogą należeć do różnych podmiotów. Część pozostaje własnością przedsiębiorstwa, część jest jego własnością eksploatacyjną, a część znajduje się poza jego zarządem i eksploatacją.
To oznacza, że odpowiedzialność za zasilanie awaryjne konkretnego węzła spoczywa na jego właścicielu lub zarządcy, najczęściej spółdzielni mieszkaniowej albo wspólnocie. Podczas spotkania padło pytanie, ile spółdzielni ma własny agregat prądotwórczy. Odpowiedzi nie było.
Dla zarządców nieruchomości to ważny sygnał. W sytuacji kryzysowej nie wystarczy założyć, że przedsiębiorstwo ciepłownicze rozwiąże wszystkie problemy. Trzeba znać granice odpowiedzialności i sprawdzić, które elementy instalacji zależą od własnego zasilania.
Ustalono też zasady postępowania podczas przerwy w dostawie ciepła. Zarządca powinien kontrolować temperaturę w pomieszczeniach i stan instalacji, ale nie może samowolnie ingerować w armaturę ani automatykę bez uzgodnienia ze służbami PEC. Mieszkańcy powinni zgłaszać problemy zarządcy, a po godzinie 16.00 kontaktować się z pogotowiem ciepłowniczym.
Z tej części spotkania wyszło konkretne zobowiązanie: PEC przygotuje jednostronicową instrukcję dla zarządców, wyjaśniającą, jak postępować przy przerwie w dostawie ciepła, czego nie wolno dotykać i gdzie zgłaszać awarię.
Nieobecność przedstawiciela dostawcy energii elektrycznej, z którym nie udało się uzgodnić terminu, pozostawiła jednak istotną lukę. To właśnie dostawy prądu w dużej mierze warunkują działanie wielu pozostałych usług. Organizatorzy zapowiedzieli, że na kolejnym spotkaniu będą zabiegać o udział tego podmiotu.
Gaz: odpowiedzialność kończy się tam, gdzie zaczyna się instalacja odbiorcy
W przypadku gazu najważniejsza okazała się granica, której wielu użytkowników nie zna albo o niej nie pamięta.
Przedstawiciele Polskiej Spółki Gazownictwa Grzegorz Suchodolski oraz Ireneusz Czarnecki wyjaśnili, że odpowiedzialność operatora kończy się na kurku głównym w szafce gazowej. Gazomierz i reduktor należą do spółki, ale instalacja znajdująca się za gazomierzem, w tym kotły, kuchenki i piecyki, pozostaje po stronie właściciela lub użytkownika.
To dlatego monterzy nie wchodzą samowolnie do budynków i nie uruchamiają urządzeń należących do odbiorców. Nie mogą zakładać, że znają każdy model kotła i każdą konfigurację instalacji. Przy ponownym uruchomieniu dostaw gazu musi być obecny właściciel lub zarządca lokalu.
Nie chodzi o biurokratyczną formalność. Po otwarciu kurka gaz trafia do instalacji, a jej uruchomienie bez odpowiedniego nadzoru może doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji. Na starszych osiedlach ze zbiorczymi gazomierzami jeden zawór może odcinać nawet sto mieszkań. Brak dostępu do jednego lokalu potrafi zatem opóźnić przywrócenie dostaw w całym pionie.
Drugim zagadnieniem było przechowywanie butli gazowych. Propan-butan jest cięższy od powietrza i w przypadku wycieku gromadzi się przy podłodze. Metan, czyli główny składnik gazu ziemnego, jest lżejszy i unosi się ku górze. Prawo budowlane zabrania przechowywania obu rodzajów gazu w jednym budynku.
W czasie rozmowy pojawił się przykład osoby, która planowała schronić się w garażu, nie uwzględniając obecności butli gazowej. Dopiero lektura instrukcji postępowania na wypadek ataku powietrznego uświadomiła jej problem. To drobny szczegół, który w sytuacji zagrożenia może mieć poważne konsekwencje.
Przy podejrzeniu wycieku obowiązuje prosta zasada: należy zadzwonić pod numer 992 lub 112. Zgłoszenie jest bezpłatne, a sam fakt wezwania służb nie oznacza automatycznie obciążenia kosztami, nawet jeśli podejrzenie ostatecznie się nie potwierdzi.
Przywołano zdarzenie z ulicy Koncertowej, gdzie podczas prac wiertniczych uszkodzono cienkie przyłącze gazowe. Zgłoszenie trafiło pod numer 112 zamiast 992, co doprowadziło do rozbudowanej akcji z kurtynami wodnymi i ewakuacją kilku bloków. Jak podkreślano, szybki kontakt z pogotowiem gazowym pozwoliłby rozpoznać sytuację na miejscu przez służby Pogotowia Gazowego i ocenić, czy należy powiadamiać numer 112. Oprócz telefonu alarmowego Pogotowia Gazowego 992, Polska Spółka Gazownictwa posiada infolinię: 22 444 33 33, gdzie można pozyskać wszystkie informacje związane z działalnością spółki.
Jest też dobra wiadomość. Sieć gazowa nie jest uzależniona od prądu w takim stopniu jak wiele innych elementów infrastruktury. Gazociągi magistralne pracują pod wysokim ciśnieniem, rzędu 60 atmosfer, które to ciśnienie powstaje na tłoczniach gazu będących własnością spółki GAZ-SYSTEM. W naszej okolicy tłocznia taka znajduje się w Hołowczycach. Stacja redukcyjna w Sławacinku obniża ciśnienie do odpowiedniego dla sieci miejskiej, a reduktory w szafkach doprowadzają je do poziomu odpowiedniego dla instalacji odbiorczych. Energia elektryczna potrzebna jest przede wszystkim do telemetrii i pomiarów, a służby Pogotowia Gazowego mają własne agregaty na wypadek awarii.
Przedsiębiorcy, dla których urządzenia gazowe są kluczowe, powinni zadbać o stałą współpracę z uprawnionym konserwatorem. Nie dopiero wtedy, gdy pojawi się awaria. Właśnie wcześniej, kiedy można jeszcze spokojnie sprawdzić instalację, dokumentację i warunki ponownego uruchomienia urządzeń. Warto tu wspomnieć, iż coroczny przegląd instalacji gazowej jest obowiązkowy dla wszystkich obiektów, a dla większych obiektów budowlanych kontrola jest wymagana 2x w roku.
Woda: sprawna infrastruktura, ale paliwo pozostaje warunkiem
Paweł Łyczewski z Bialskich Wodociągów i Kanalizacji przedstawił system zaopatrzenia w wodę, który opiera się na dwóch równolegle pracujących stacjach uzdatniania. Dzięki temu ciśnienie w mieście utrzymuje się na poziomie około pięciu barów.
Woda pochodzi ze studni czwartorzędowych o głębokości od 60 do 80 metrów oraz z najgłębszego ujęcia jurajskiego, sięgającego blisko 580 metrów. Woda z tego ostatniego nie wymaga uzdatniania, natomiast w pozostałych przypadkach proces polega między innymi na wytrącaniu związków żelaza i manganu.
Kluczowe obiekty wyposażono w agregaty prądotwórcze. Ponownie jednak wróciło pytanie o paliwo. Sam agregat nie rozwiązuje problemu, jeśli nie można go zasilać przez kolejne godziny lub dni.
Rozważano również możliwość obniżenia ciśnienia w sieci, aby wydłużyć czas jej działania. Technicznie jest to możliwe, ale oznaczałoby problemy z dostawą wody na najwyższe kondygnacje budynków. Dlatego wodociągi starają się unikać takiego rozwiązania.
W przypadku poważnego uszkodzenia sieci pozostają beczkowozy. Przedsiębiorstwo dysponuje takim sprzętem, jednak organizacja dystrybucji wody, wyznaczenie punktów poboru i podział zadań należą do wydziału zarządzania kryzysowego urzędu miasta.
Przedstawione zabezpieczenia obejmują całodobowe dyżury operatorów, monitoring obiektów, wsparcie firm ochroniarskich, czujniki otwarcia włazów studni oraz podwójne zabezpieczenia zbiorników. Własne laboratorium bada studnie co dwa tygodnie, a zbiorniki raz w tygodniu.
Uczestnicy usłyszeli również, że woda dostarczana przez wodociągi nadaje się do picia, natomiast na jej jakość w punkcie poboru wpływa już także instalacja wewnętrzna budynku. To istotna informacja dla administratorów nieruchomości i przedsiębiorców prowadzących działalność wymagającą odpowiedniej jakości wody.
Nie wszystkie kwestie udało się jednak zamknąć. Wskazano problem hydrantów, przez które teoretycznie można wtłoczyć substancję pod ciśnieniem wyższym niż ciśnienie panujące w sieci. Potrzebne jest rozwiązanie techniczne, które ograniczy to ryzyko.
Na bezpieczeństwo zaopatrzenia w wodę zaplanowano 4,6 mln zł w ciągu czterech lat, z czego 1,5 mln zł przypada na bieżący rok. W planach są nowe ogrodzenia, rozbudowa monitoringu i rozważane zawory zwrotne.
Gdy ćwiczenia przestają być symulacją
Jacek Adamski, prezes Gminnego Zakładu Komunalnego odpowiada za ponad 200 kilometrów sieci wodociągowej, całą kanalizację na terenie gminy oraz trzy ujęcia zaopatrujące 15 tysięcy mieszkańców.
Zakład realizuje program Cyberbezpieczny Wodociąg i prowadził już symulację ataku na ujęcie wody. Omawiany scenariusz był poważny: dron z ładunkiem biologicznym trafia w ujęcie albo zbiornik, w którym znajduje się woda przygotowana do dostarczenia mieszkańcom. W takim przypadku znaczenie mają pierwsze 24 godziny, a następnie kolejne etapy działań po 36 i 72 godzinach.
Najmocniej wybrzmiała jednak historia, która nie była scenariuszem ćwiczeń.
W tym roku doszło do przerwy w dostawie energii elektrycznej trwającej blisko dobę. Jednocześnie zawiódł agregat na jednym z ujęć. Sytuację uratował mobilny agregat dostarczony przez straż pożarną. Samo przywrócenie zasilania nie kończyło jednak pracy. Sieć trzeba było jeszcze napełnić i wypłukać, aby przywrócić odpowiednią jakość wody.
Tak wygląda kryzys w praktyce. Jedna awaria pociąga za sobą kolejne zadania, a usunięcie bezpośredniej przyczyny nie oznacza automatycznego powrotu do normalnego funkcjonowania.
Ważnym zabezpieczeniem jest rozwijany pierścień wodociągowy wokół miasta. Na razie nie został domknięty, ale po zakończeniu prac będzie można przejąć zaopatrzenie z pozostałych ujęć w przypadku wyłączenia jednego z nich. Zakład ma również tę przewagę, że duża część pracy odbywa się w trybie manualnym, więc brak internetu nie paraliżuje go całkowicie.
Na koniec prezes Gminnego Zakładu Komunalnego zadeklarował gotowość do pomocy innym instytucjom i firmom w razie wystąpienia zdarzenia kryzysowego. To jeden z praktycznych efektów spotkania: uczestnicy nie tylko przedstawiali własne ograniczenia, lecz także wskazywali możliwości współdziałania.
Odpady po pożarze, zalaniu lub ataku. Kto uruchamia pomoc?
Odbiór odpadów rzadko trafia na szczyt listy firmowych priorytetów w rozmowach o bezpieczeństwie. Do czasu, gdy trzeba uprzątnąć teren po pożarze, zalaniu magazynu czy innym zdarzeniu.
Artur Zaborowski, prezes zarządu P.W. Komunalnik sp. z o.o. przypomniał, że system działania w sytuacji kryzysowej opiera się na przepisach dotyczących utrzymania czystości i porządku w gminach oraz na ustawie o ochronie ludności i obronie cywilnej. W praktyce o harmonogramie i zakresie odbioru odpadów decyduje w kryzysie wydział zarządzania kryzysowego urzędu miasta.
Firma odbierająca odpady nie rozpoczyna działań samodzielnie. Potrzebuje zlecenia. Dlatego przedsiębiorca, którego zakład został uszkodzony, nie powinien zakładać, że wystarczy bezpośrednio zadzwonić do odbiorcy odpadów. Właściwym punktem kontaktu jest urząd miasta.
Pozostaje przy tym pytanie o koszty. Kto ostatecznie zapłaci za uprzątnięcie terenu po zdarzeniu kryzysowym? Podczas spotkania nie przedstawiono rozstrzygającej odpowiedzi.
Kolejny problem dotyczy samochodów ciężarowych. Decyzja administracyjna o przekazaniu pojazdów do dyspozycji wydziału kryzysowego albo wojska nie rozstrzyga automatycznie kwestii kierowców. Sam pojazd nie wystarczy, jeśli nie ma osoby, która może go bezpiecznie i zgodnie z uprawnieniami prowadzić.
Znaczenie ma również rodzaj odpadów. Jeśli przez dłuższy czas pozostają zmieszane, mogą utracić możliwość zagospodarowania inną metodą niż składowanie. W konsekwencji problem organizacyjny przeradza się w problem logistyczny i finansowy.
Doświadczenia z pandemii pokazały, jak szybko trzeba czasem budować procedury od podstaw. Ustalano wówczas rodzaje worków na odpady potencjalnie zakażone, wyznaczano osobną kwaterę, zapewniano pracownikom odzież ochronną i wprowadzano dodatkowe obowiązki dla mieszkańców.
Komunalnik ma już zarys planu awaryjnego obejmującego dyżury, podział odpowiedzialności, sposób kontaktu z właścicielami nieruchomości i kanały komunikacji. Dla lokalnych przedsiębiorców to przypomnienie, że plan ciągłości działania powinien obejmować również odpady powstające w wyniku awarii, a nie tylko zwykły odbiór śmieci.
Bankowość musi działać, nawet gdy inne systemy zawodzą
W części poświęconej bankowości szczególną uwagę zwrócono na znaczenie ciągłości usług finansowych dla bezpieczeństwa mieszkańców i funkcjonowania lokalnej gospodarki. Paweł Mincewicz, prezes zarządu Banku Spółdzielczego w Białej Podlaskiej, na wstępie podkreślił, że dla Banku, jako instytucji silnie związanej z lokalną społecznością i gospodarką, szczególne znaczenie mają bezpieczeństwo powierzonych środków, rzetelna informacja oraz współpraca z klientami indywidualnymi, instytucjonalnymi i samorządami. Zaznaczył, że Bank dysponuje odpowiednimi rozwiązaniami organizacyjnymi i technicznymi służącymi zachowaniu ciągłości działania również w sytuacjach kryzysowych.
Bank dysponuje bankowością mobilną, obsługą stacjonarną, całodobową infolinią i siecią placówek w regionie oraz w Lublinie. System powiadomień pozwala kontaktować się z klientami za pośrednictwem kilku kanałów jednocześnie. Infrastruktura jest zabezpieczona z wykorzystaniem zasilaczy UPS i agregatów.
Przywołano również doświadczenia z początku wojny w Ukrainie i podczas pandemii COVID-19. Pomimo nadzwyczajnych okoliczności Bank zachował ciągłość działania, zapewniając Klientom niezakłócony dostęp do usług bankowych, w tym wypłaty gotówki.
Sprawnie funkcjonujący sektor bankowy stanowi jeden z filarów stabilności lokalnej gospodarki. W sytuacjach kryzysowych kluczowe znaczenie mają odpowiednie przygotowanie, jasno określone zasady postępowania i skuteczna komunikacja. Dlatego Bank, przy udziale Banku BPS S.A., na bieżąco weryfikuje i aktualizuje plany awaryjne, uwzględniając również zagrożenia sygnalizowane w alertach RCB. Istotne jest, aby zarówno pracownicy jak i klienci wiedzieli, jak postępować w sytuacji zagrożenia. Prezes zwrócił również uwagę na potrzebę zacieśniania współpracy między Bankiem, władzami samorządowymi, lokalnymi przedsiębiorcami i innymi instytucjami. Wskazał na zasadność zorganizowania wspólnego spotkania z udziałem przedstawicieli miejskiego zarządzania kryzysowego, którego celem byłoby wypracowanie skoordynowanych zasad działania i komunikacji na wypadek poważnych zagrożeń. Bezpieczeństwo lokalnej społeczności wymaga nie tylko przygotowania poszczególnych instytucji, ale przede wszystkim ich wzajemnej współpracy.
Co powinien zrobić przedsiębiorca po tym spotkaniu?
Dwie godziny rozmów przyniosły więcej niż przegląd infrastruktury miejskiej. Uczestnicy wskazali konkretne ograniczenia, rozdzielili odpowiedzialność za poszczególne elementy systemów i zidentyfikowali zadania, które wymagają dalszych ustaleń.
Dla przedsiębiorcy najważniejsze jest przełożenie tej wiedzy na własne procedury. Nie trzeba od razu budować rozbudowanego systemu zarządzania kryzysowego. Warto jednak zacząć od kilku konkretnych działań.
Po pierwsze: sprawdzić, co w firmie przestanie działać po odcięciu prądu. Nie tylko oświetlenie i komputery, ale także routery, systemy alarmowe, urządzenia sterujące, chłodnie czy terminale płatnicze. Trzeba ustalić, które z nich mają zasilanie rezerwowe i jak długo ono wystarczy.
Po drugie: przygotować plan na brak internetu. Warto wiedzieć, czy dostępne są numery telefonów do kluczowych dostawców, lokalne kopie najważniejszych dokumentów i możliwość odtworzenia podstawowych operacji bez systemów chmurowych. Trzeba również pamiętać, że zapasowe łącze nie rozwiąże problemu, jeśli zabraknie energii do zasilenia urządzeń.
Po trzecie: uporządkować kontakty i odpowiedzialność. Kto odpowiada za kontakt z energetyką, gazownią, wodociągami, zarządcą budynku i urzędem miasta? Kto podejmuje decyzję o przerwaniu pracy? Kto informuje pracowników, klientów i kontrahentów? Te informacje powinny być dostępne także wtedy, gdy nie można zalogować się do firmowego systemu.
Po czwarte: sprawdzić instalacje i umowy serwisowe. Jeśli działalność zależy od urządzeń gazowych, potrzebny jest uprawniony konserwator. W przypadku lokalu wynajmowanego trzeba wiedzieć, kto odpowiada za instalacje i węzły cieplne oraz jak wygląda procedura ponownego uruchomienia dostaw po awarii.
Po piąte: przygotować się na brak wody i zakłócenia w dostawach. Dla jednych firm oznacza to konieczność zabezpieczenia minimalnych zapasów, dla innych — ustalenia alternatywnego sposobu pracy lub kryteriów czasowego wstrzymania działalności. Warto sprawdzić, czy procesy technologiczne można bezpiecznie zatrzymać i jak wznowić je po przerwie.
Po szóste: nie pomijać odpadów i logistyki. Należy ustalić, jak postąpić z odpadami po pożarze, zalaniu lub innym zdarzeniu, kto może zlecić ich odbiór i jakie dokumenty mogą być potrzebne. Firmy transportowe powinny dodatkowo przeanalizować, co stanie się z flotą, kierowcami i łańcuchami dostaw w przypadku ograniczeń komunikacyjnych.
Wreszcie: przygotować alternatywny sposób komunikacji. Dla części przedsiębiorstw wystarczy dobrze zorganizowana lista kontaktów i procedura telefoniczna. W innych, zwłaszcza w transporcie, logistyce i działalności zależnej od stałej koordynacji zespołów terenowych, warto rozważyć łączność radiową.
Nie każdy z tych punktów wymaga dużych inwestycji. Wszystkie wymagają jednak wcześniejszej decyzji, kto za nie odpowiada.
Od rozmowy do działania
Drugie spotkanie Platformy Odporności Kryzysowej zakończyło się listą zadań. PEC przygotuje instrukcję dla zarządców budynków. Akademia Bialska ma opracować propozycję wykorzystania łączności radiowej i przeprowadzić szkolenia. Organizatorzy chcą zaprosić na kolejne spotkanie dostawcę energii elektrycznej oraz operatorów sieci. Pozostałe instytucje mają przygotować krótkie wytyczne dla firm — praktyczne ściągawki wyjaśniające, co robić, a czego nie robić w sytuacji awaryjnej.
W planach jest więc nie tylko wymiana doświadczeń, ale również tworzenie narzędzi, z których przedsiębiorcy będą mogli skorzystać bez konieczności samodzielnego odtwarzania całej wiedzy technicznej.
To ważny kierunek. W kryzysie nie ma czasu na szukanie informacji w kilku dokumentach, ustalanie właściwego numeru telefonu ani zastanawianie się, czy można samodzielnie uruchomić urządzenie. Potrzebne są krótkie, sprawdzone instrukcje i jasno określone kompetencje.
Spotkanie pokazało też, że odporność miasta nie zależy wyłącznie od możliwości poszczególnych spółek i instytucji. Równie ważne są połączenia między nimi: sprawny przepływ informacji, wzajemna pomoc i świadomość, gdzie kończy się odpowiedzialność jednego podmiotu, a zaczyna drugiego.
Prąd, woda, ciepło, gaz, łączność i pieniądze tworzą system naczyń połączonych. Gdy jeden element przestaje działać, konsekwencje mogą szybko dotknąć pozostałych. Dlatego przygotowanie firmy na kryzys nie jest wyłącznie zadaniem jej właściciela. Zależy również od odporności infrastruktury i jakości współpracy w całym lokalnym otoczeniu gospodarczym.
Od wrześniowego spotkania zmieniło się jedno: uczestnicy wiedzą więcej o tym, co może zawieść, jakie są granice odpowiedzialności i które rozwiązania warto przygotować wcześniej. Teraz przyjdzie czas na sprawdzenie, ile z tych ustaleń uda się przełożyć na konkretne procedury.
Bo o odporności firmy często nie decyduje to, czy kryzys nadejdzie. Decyduje to, czy w chwili próby wiadomo, co zrobić — i do kogo zadzwonić, zanim będzie za późno.
Chcesz dołączyć do Platformy Odporności Kryzysowej albo zgłosić temat na kolejne spotkanie? Skontaktuj się z nami. Terminy kolejnych spotkań zostaną ogłoszone wkrótce.